a
a
Tomasz Grdeń urodził się w 1971 roku Tarnobrzegu. Z wykształcenia jest plastykiem. Współpracował m. in. ze Zbigniewem Górnym, kabaretem Afera, O.B.O.R.A. i Zenonem Laskowikiem. Oprócz swoich kompozycji, na scenie prezentuje szlagiery z lat 40' i 50' - jak sam mówi - w bardziej kabaretowym wydaniu.
TR24: Jak trafiłeś do programu „Mam talent”?
Tomasz Grdeń: Kilka osób pytało mnie: "Właściwie dlaczego jeszcze tam nie wystąpiłeś ?" Nigdy nie sądziłem, że to, co robię nadaje się do takiego programu, nie brałem tego pod uwagę. Ludzie mówili: „Spróbuj, to super promocja…”, Nabór odbywał się niedaleko mojego mieszkania, więc pomyślałem: „Raz kozie śmierć, spróbować zawsze można”. Szczerze mówiąc, było to okupione silnymi nerwami. Na szczęście udało się dotrzeć przynajmniej do półfinału.
TR24: Który występ był najbardziej stresujący?
Tomasz Grdeń: Zdecydowanie drugi. Najpierw przeszedłem tzw. precasting czyli „przedprzesłuchanie”, w którym udział bierze ogromna liczba osób. To jest taki pierwszy przesiew. Dopiero później odbywa się casting z udziałem jury znanego z telewizji. Występ był dla mnie ogromnie stresujący, nie sądziłem, że jeszcze potrafię się tak denerwować i przeżywać tą całą sytuację. Powiem szczerze, że poznałem wtedy nowe oblicze lęku. I nie był to ten rodzaj tremy, która motywuje, ale ten, który wręcz blokuje. Nie poszło mi najlepiej, choć oczywiście robiłem co mogłem.
TR24: Na pierwszym castingu wiedziałeś już, że ten program jest dla Ciebie, i że dojdziesz tak daleko?
Tomasz Grdeń: Absolutnie nie. Byłem zaskoczony, że nie dostałem żadnego „krzyżyka”, wręcz przeciwnie – czego niestety nie pokazano w telewizji – spodobałem się. Najbardziej obawiałem się tego, że nie zrozumiemy się z panią Agnieszką Chylińską – z racji na mój wiek i kabaretowe podejście do śpiewania. Miło mnie zaskoczył fakt, że bardzo jej się spodobało. To był dla mnie szok. Najostrzejszą ocenę dostałem ze strony pani Małgorzaty. No a Kuba, jak to Kuba…(śmiech)
TR24: A poznałeś ich prywatnie?
Tomasz Grdeń: Nie, niestety. To co się dzieje poza sceną jest zupełnie oddzielone od tego co robi jury. Oni pojawiają się tylko na chwilę przed samym programem, dlatego ich zdziwienia i zaskoczenia są autentyczne.
TR24: Poznałeś za to ciekawych ludzi podczas castingów. Jest ktoś, kogo szczególnie wspominasz?
Tomasz Grdeń: Ogromne wrażenie zrobił na mnie Pan Ząbek, z którym miałem przyjemność dzielić garderobę. Poznałem jego zwierzęta, jego gagi, w ogóle samego człowieka. To profesjonalista, który oprócz tego, że wygłupia się przed publicznością, prowadzi też działalność artystyczną dla dzieci. Bardzo dużo pracuje. Nie jest to tylko takie zwykłe show, a raczej przemyślana, fajna forma rozrywki. Poza tym poznałem mnóstwo utalentowanych ludzi tam na miejscu. Atmosfera była bardzo fajna. Powiem szczerze, że nie widziałem czegoś takiego jak rywalizacja. Każdy pomagał sobie jak mógł, mieliśmy też duże wsparcie ze strony organizatorów.
TR24: Urodziłeś w Tarnobrzegu, czy czujesz się tarnobrzeżaninem?
Tomasz Grdeń: Czuję się mocno związany z tym miastem. Wprawdzie szybko uciekłem bo szkołę średnią zrobiłem już w Jarosławiu a chwilę później pojawiłem się tutaj, w Poznaniu. Nie ukrywam tego, że jestem z Tarnobrzega, natomiast moje świadome życie, rozpoczęło się i rozwinęło tu, gdzie mieszkam - jestem jakby pół-tarnobrzeżanin i pół-poznaniak. Łatwiej i szybciej jest mi powiedzieć, bez jakiegoś tam tłumaczenia, po prostu – przyjechałem z Poznania. Kiedy mam na to chwilę, to oczywiście mówię, że tak naprawdę jestem z Tarnobrzega ale mieszkam w Poznaniu.
TR24 : Często bywasz w swoim rodzinnym mieście?
Tomasz Grdeń: Bardzo rzadko. Nie zawsze jest okazja. Przyjeżdżam do mamy, żeby nie być już takim najgorszym synem (śmiech). Zjawiam się na różne okazje i święta. Zdarza się, że gdzieś się w okolicy albo w samym Tarnobrzegu jest koncert – przyjeżdżam oczywiście.
TR24: Masz jakieś wspomnienia związane z Tarnobrzegiem?
Tomasz Grdeń: Oczywiście! Mam przecież mnóstwo kolegów z podstawówki, spod bloku, z klatki. To najbarwniejsze życie dziecięce spędziłem przecież w tym mieście - łowienie ryb na Wiśle czy wyprawy z kolegami do lasu, w okolice Kamionki (ulica w Tarnobrzegu - przyp. red.)... Mam mnóstwo wspomnień z Tarnobrzega.
TR24: Utrzymujesz kontakty z tymi ludźmi?
Tomasz Grdeń: Tak. Mam dwóch kolegów, do których w miarę regularnie dzwonię. Są to biznesmeni, którzy prowadzą działalność w całym kraju, dlatego o tyle nam jest łatwiej się spotykać, że mają tutaj oddział swojej firmy. W Poznaniu są ich hurtownie i czasem się wręcz widzimy – znam ludzi sukcesu z Tarnobrzega (śmiech).
TR24: Twoja przygoda z muzyką rozpoczęła się jeszcze w Tarnobrzegu?
Tomasz Grdeń: Tak, choć sam kontrabas pochodzi ze Stalowej Woli. Dostałem go od kumpla, który akurat kupił sobie nowy instrument. Uczyłem się gry na nim, kiedy wracałem na weekendy ze szkoły w Jarosławiu.
TR24: Czyli nie do końca jesteś samoukiem?
Tomasz Grdeń: Tych lekcji było zaledwie kilka. Rozwijałem się raczej bez szczególnego udziału innych ludzi – grałem trochę ze słuchu, trochę intuicyjnie, brałem też do siebie sugestie kolegów. Jestem samoukiem. Szczerze mówiąc, to żaden ze mnie wirtuoz, wręcz przeciwnie… (śmiech). Ale jakoś sobie radzę.
TR24: Czemu kontrabas? Spory i niewygodny instrument…
Tomasz Grdeń: Miałem gitarę, ale jakoś tak nieszczególnie mnie to ciągnęło. Być może jakoś podświadomie szukam udziwnień w życiu ( śmiech). Dosyć długo kontrabas nie był przewidywany jako forma mojej aktywności solowej. To, że pojawiłem się z tym moim instrumentem i w tym repertuarze było zupełnym przypadkiem, spontaniczną sytuacją.
TR24: Wykonujesz utwory Sinatry, Gene Kelly’ego czy Foga. Czy to są twoi idole muzyczni?
Tomasz Grdeń: Fog – nie. Na pewno jest osobą, którą bardzo szanuję i nawet mam w planach zrobienie kilku utworów śpiewanych przez niego. Moim niedoścignionym ideałem, jeżeli chodzi o wokal, interpretację czy repertuar, jest Dean Martin. Wpłynął na mnie bardziej nawet niż Frank Sinatra. Bardzo niedoceniony twórca. Cenię oczywiście wszystkich, którzy związani byli z tym samym okresem i śpiewali swing.
TR24: Kuba Wojewódzki powiedział po jednym z twoich występów: „Lubię ludzi, którzy lubią siebie”. Czy rzeczywiście taki jesteś?
Tomasz Grdeń: Ja tylko wyszedłem na scenę. Stworzyłem taką fasadę, która miała mnie trzymać w pionie. Paradoksalne, ale w środku nie miałem absolutnie żadnej pewności siebie, czułem się wręcz sparaliżowany. Fakt – miałem wyczyszczony garnitur, prosto z pralni, a kontrabas był przetarty szmatką (śmiech). Ja gram swing – muzykę dumną, wesołą, mówiącą o relacjach między kobietą a mężczyzną… Wszystko to do spółki z tą „ulizaną” grzywką, być może sprawiło wrażenie, że jestem taki w sobie zakochany - to tylko wrażenie. Lubię siebie, ale staram się mieć do siebie dystans. Trudno mi się odnieść do słów Kuby – on „chlapnął” raz…
TR24: …a ty musisz to „odkręcać”?
Tomasz Grdeń: No właśnie (śmiech). Myślę, że warto jest lubić siebie. Jeżeli sami sobie sprawiamy problem albo nie akceptujemy siebie, to tworzymy barierę do bycia szczęśliwym. Akceptuję i lubię siebie, oczywiście odrobina skromności każdemu się przyda. Myślę, że jeżeli nikogo tym nie krzywdzę to jest OK.
TR24: Dziękuję za rozmowę.
Tomasz Grdeń: Dzięki. Pozdrawiam Tarnobrzeg. Nie było okazji zrobić tego w programie więc gdybym mógł prosić o pozdrowienie mamy i ludzi z moich rejonów, to bardzo bym się cieszył.
Tomasz Grdeń z Tarnobrzega.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi.”
Albert Einstein
Kultura i rozrywka
Sport
Nasze sprawy
Styl życia
Religia
Tam warto być
Informator
Ogłoszenia
Redakcja
Kontakt
Reklama
Polityka prywatności
RSS