a
a
Znajomi, koledzy i rodzina głośno zastanawiali się czy warto jechać do Warszawy na sobotnie uroczystości żałobne. Media podawały, że przed pałacem prezydenckim są już nieprzebrane tłumy ludzi. Jednak wbrew wszelkim słowom odradzania, postanowiłem pożegnać osobiście parę prezydencką.
Jest sobota, godzina 1.45 w nocy. Z duszą na ramieniu czekam na autokar do Warszawy, pełen niepokoju czy uda mi się dotrzeć do stolicy. Dochodzi 2 00. Podjeżdża autokar, który okazuje się w połowie pusty. Już wiem, że będę w Warszawie. Podróż przebiega bardzo spokojnie i kończy się przed Dworcem Centralnym w Warszawie o 6 30 rano.
Przezornie udaję się prosto na dworzec aby zapewnić sobie równie spokojny powrót jak przyjazd. Na dworcu panuje biało-czerwona atmosfera solidarności i życzliwości. Harcerze mają swój punkt informacyjny do którego od razu mnie zapraszają i służą wszelką pomocą, wręczając jednocześnie pakiet mapek i informatorów. Po zakupie u nader uprzejmej kasjerki biletu powrotnego, wychodzę z dworca.
Warszawa zdaje się czekać na arcyważną delegacje, wszędzie widać policję straż miejską i harcerzy. Postanawiam do pałacu prezydenckiego dotrzeć pieszo a jednocześnie zamienić kilka słów z warszawiakami pytając ich o drogę. Chcę poczuć atmosferę naszej stolicy, zanurzonej w żałobie. Na ulicach mijam tylko wspomniane służby i grupy ludzi z polskimi flagami. Spotkam w końcu pana z pieskiem, który bardzo życzliwie i spokojnie wskazuje mi drogę do pałacu prezydenckiego.
Nim dojdę przed pałac postanawiam oczywiście kupić znicz. Podchodzę do pierwszego stoiska rozstawionego gdzieś na ulicy i tutaj szok! Sprzedający informuje mnie, że do pałacu można wejść bez żadnej kolejki, nie wierzę! Przyspieszam nieco kroku, ale dale nie wierzę. Podchodzę przed pałac i zadaję sobie pytanie: gdzie te tłumy? Jest nas wszystkich może 100 osób. Ustawiam się w kilku metrowej kolejce i wchodzę…
Taka cisza, że zapiera dech. Przemierzam wedle wytyczonej trasy kolejne metry pałacowych korytarzy, przemierzam je ze ściśniętym gardłem i niedowierzaniem. Mijam trumny prezydenckich ministrów i udaję się na pierwsze piętro, gdzie spoczywają ciała pary prezydenckiej. Wstrzymuję krok przed progiem tej sali ze wzruszenia wstrzymuję oddech i wchodzę. Jest przerażająco cicho, jest smutno. Przyklękam i wychodzę. Łapie oddech na dziedzińcu i zaczyna do mnie docierać, gdzie byłem. Do dziś sobie nie zdaję z tego sprawy.
Wpisuję się do księgi kondolencyjnej, krótki wpis i zamaszysty podpis, wychodzę. Wracam do sprzedającego znicze i dziękując kupuję parę biało-czerwonych tulipanów, które składam na pałacowym dziedzińcu. Co chwilę "pstrykam" zdjęcia, aby zatrzymać te chwile.
Druga cisza. Jestem na placu Piłsudskiego gdzie w samo południe rozpocznie się msza żałobna. Plac powoli zapełnia się warszawiakami i przyjezdnym, jest nas coraz więcej. Wybija godzina katastrofy lotniczej, o czym obwieszcza ryk syren. W tym przeraźliwym hałasie następuje druga cisza. Wszyscy stoją w milczeniu wsłuchując się w syreny.
Po złożeniu pokłonu przed pomnikiem Nieznanego Żołnierza wracam pod pałac prezydencki, gdzie już zbierają się tłumy i stoi sięgająca po horyzont kolejka oczekujących na wejście do pałacu. Spacerując po krakowskim przedmieściu co chwile dostrzegam w witrynach wystawowych, fotografie zmarłych w katastrofie, a pod tymi oknami palące się znicze.
Wracam na plac Piłsudskiego, zatrzymując się po drodze na dłuższą chwilę przed pałacem, aby ponownie się zadumać i pochylić głowę.
Trzecia cisza, jest południe i powietrze rozrywa żałobny ryk syren, rozpoczyna się msza św. … „Jeśli zapomnę o Nich – Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie”.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi.”
Albert Einstein
Kultura i rozrywka
Sport
Nasze sprawy
Styl życia
Religia
Tam warto być
Informator
Ogłoszenia
Redakcja
Kontakt
Reklama
Polityka prywatności
RSS