a
a
W Mińsku i na całej Białorusi nie brak ani starych samochodów, ani symboli przywiązania do ustroju.
To taka nietypowa kraina, w której ludzie nadal wierzą, że w Katyniu mordowali Niemcy, a papa Łukaszenko troszczy się o nich i nigdzie nie ma lepiej. To kraina, w której telefon komórkowy doładowuje się jedynie w banku, a większość ludzi utrzymuje się z ukrywania zarobionych pieniędzy. Na Białorusi nadal czuje się polskiego ducha, ale Polacy są niemile widziani.
Reżim Aleksandra Łukaszenki przywykł już chyba do krytyki ze strony opinii międzynarodowej. Nie wzruszają żadne głosy, ani te z zewnątrz, ani z wewnątrz kraju. Najlepszym dowodem na to, jest aktualna sytuacja Polskiego Związku w tym kraju. Łukaszenko się nie boi, bo za nim stoi Moskwa.
Na Białoruś najłatwiej dostać się pociągiem. Granice tego odizolowanego kraju zaczynają się właściwie już na przejściu granicznym w Brześciu. Tam pociąg zatrzymuje się na kontrolę i zmianę podwozia. Rozstaw szyn kolejowych jest szerszy niż w naszym kraju. Tuż po zatrzymaniu i polskiej kontroli, a następnie po dosłownym "przetrzepaniu" pociągu przez białoruską straż graniczną, do wagonów wpadają babuszki. Rozpoczyna się handel i walka o wszystko, co turyści mają przy sobie.
Wszystkie kobiety są charakterystycznie umalowane i ubrane w modne w całym kraju kozaczki, na wysokiej szpilce obite tandetnym futerkiem. Aż dziw bierze, że potrafią tak szybko się w nich poruszać. Wszystkie również pachną intensywnie wódką. Jedne bez zaproszenia wchodzą do przedziałów inne stukają do okien. Próbują przekonać krzykiem i komplementami albo patrząc smutno i wyciągając zmarznięte, zmęczone ręce.
Sprzedają wszystko. Wódkę, piwo, nalewki, wodę, sok, mleko, kefirek, a nawet świeżo usmażone zawinięte w gazetę placki ziemniaczane. Choć bardzo tłuste, są ciepłe i wyjątkowo pyszne. Wszędzie tylko słychać krzyki sprzedających i targujących: „och jaka krasiwa dziewuszka!”, „Może wódeczki! To i piwko!”, „Pilnujcie portfeli!”. Podróżujący pierwszy raz są wystraszeni, bo nikt nad tym nie panuje, a pociąg zmieniają się w bazar. Każdy kto odpowie coś po rosyjsku od razu staje się przyjacielem i nie ma szansy, żeby kobiety opuściły jego przedział dobrowolnie.
Babuszkom nie sposób odmówić, bo gotowe są sprzedać wszystko i za każde pieniądze. Jak kantor przyjmą też każdą walutę. Mają doświadczenie, bo biznes się kręci. Czekają tak na każdy wjeżdżający pociąg, bo to ich jedyne zajęcie. Wita białoruski dziki wschód.
Białorusini sprzedają po prostu wszystko. Wielu skupuje stare popsute samochody, a później je naprawia i pozbywa się z zyskiem. Sprzedają używane ubrania, sprzęty, meble, jedzenie, alkohole i papierosy.
Handel odbywa się praktycznie wszędzie. Na ulicach, pod sklepami, w środkach komunikacji. Kiedy jedzie się pociągiem z mniejszych miejscowości do Mińska, niemal na każdej stacji wchodzą ubrani bardzo skromnie ludzie, zajmujący się obwoźnym handlem. W okolicach karnawału i Nowego Roku to przede wszystkim sztuczne ognie i kalendarzyki, sprowadzane z Polski. Można kupić też rękawiczki oraz słynne w kraju i zagranicą książki kucharskie „Sto przepisów na kartoszki”.
Białoruś i jej mieszkańcy cierpią z powodu bezrobocia. Mimo noworocznych zapewnień dyktatora, ludzie nie mają pracy. Ciężko tutaj o dokładne statystyki, ponieważ nie mówi się o tym co złe. Opinia publiczna nie ma do tego najmniejszego prawa. Jak wygląda realna sytuacja, można się przekonać jedynie odwiedzając to miejsce.
Od samego rana do wieczora po ulicach snują się setki ludzi, smutnych i przytłoczonych. Ci, którzy mają legalną pracę, zajmują się przede wszystkim rolnictwem, które nie jest zbyt dochodowe. Dla znacznej większości społeczeństwa jedynym źródłem utrzymania są biznesy prowadzone na czarno. – Większość Białorusinów utrzymuje się z operacji bankowych – mówi 21-letni Kirill, mieszkający w Maladechnie.
Tajemnicze operacje bankowe to nic innego, jak wykorzystywanie zmian kursów walut. Ludzie wykupują za wszystkie posiadane białoruskie ruble dolary lub euro, i czekają aż kurs się chociaż trochę poprawi. Wtedy wymieniają je ponownie na ruble, robią zakupy, wykupują w banku zasilenie telefonów komórkowych, opłacają rachunki i znowu zaopatrują się w euro i dolary. I tak codziennie. Pod kantorami i bankami od rana do wieczora są bardzo długie kolejki. To chyba najlepiej funkcjonujące instytucje w tym kraju. Nie mogą narzekać na brak klientów.
Wielu Białorusinów, jako dodatkowe źródło zarobków, prowadzi swó własny interes. Chodzi tutaj przeważnie o różnego rodzaju handel z tzw. "czarną ekonomią". Tylko unikanie płacenia podatków, daje szansę na utrzymanie siebie i rodziny, dlatego większość z nich ukrywa jak może zarabiane na boku pieniądze.
Życie na co dzień jest szare i przytłaczające. Nie ma pracy, a więc i pieniędzy, a przez to nie istnieje zbyt wiele alternatyw. Jednak cały kraj ożywa wieczorem, kiedy w telewizji odbywa się losowanie tamtejszego Lotto. – Wszyscy oszaleli na tym punkcie – przyznaje ze śmiechem 20-letnia Natasza, studiująca w Mińsku lingwistykę. Wygrać można mieszkanie w stolicy. Losowanie wygląda bardzo nietypowo i niepoważnie. Kule z szarego, płóciennego worka losują przypadkowo wybrane osoby z widowni. – Tutaj jest tak mało radości i nadziei, dlatego wszyscy wyczekują na to losowanie. Mają nadzieję, że coś się zmieni. Wygrać coś za darmo? To daje iluzję zachodu – tłumaczy 44-letnia Alla, mama Kirilla.
Dzieci po szkole przeważnie udają się do salonów gier, chyba że posiadają komputery w domu i większość czasu spędzają grając w GTA i tym podobne gry. Te, które mają internet przeglądają dostępne serwisy. Na Białorusi można mieć dwa rodzaje internetu. Jeden to krajowy i pozwala oglądać wszystkie strony, ale jest bardzo drogi, bo w wersji modemowej. Drugi jest tani, ale można oglądać na nim tylko strony i serwisy białoruskie i to też wyłącznie te wybrane.
Niektóre dzieci i młodzież, jak 14-letni Seva, oprócz gier komputerowych i internetu, poświęcają dużo czasu na sport. Trenuje pływanie i chodzi na treningi dwa razy dziennie, o 6.00 rano przed szkołą i około 15.30 po lekcjach. – Sport to jedyna szansa, żeby się tutaj jakoś wybić – mówi chłopiec. Ma nadzieję, że kiedyś weźmie udział w Olimpiadzie i zarobi tyle pieniędzy, żeby być niezależnym. Oprócz pływania na Białorusi popularne są jeszcze hokey, boks i piłka nożna.
Tata Sevy jest Polakiem. Nie jest to odosobniony przypadek. Polaków spotyka się na Białorusi na każdym kroku. Z uśmiechem witają rodaków. Nie bez powodu na Nowy Rok 2010 we wszystkich miastach najwięcej sztucznych ogni wystrzeliło o godzinie 1.00 czasu białoruskiego, czyli polskiej 24.00. Mimo, że cały dzień propaganda białoruska oblegała wszystkie stacje telewizyjne.
W przed dzień Nowego Roku na czterech z pięciu kanałów telewizyjnych, dostępnych dla większości Białorusinów Łukaszenko zdawał raport z tego, jak sytuacja w kraju się poprawia, jak wzrasta PKB, zmniejsza się bezrobocie. Podkreślał, że nigdzie nie ma państwa, które tak opiekuje się obywatelami. Nawet w Sylwestra rodziny nie poszły na zabawy, tylko zasiadły przy wspólnych stołach, by o 23.00 wysłuchać życzeń głowy braterskiej Rosji, a później o 24.00 papy Łukaszenki.
Nawet posiadający większą świadomość studenci wychodzą z założenia, że w kraju nie jest źle. – Będę głosować na Łukaszenkę, bo zrobił wiele dobrego dla kraju – mówi 21-letnia Alina, studentka lingwistyki. – Nie ma na kogo głosować, bo nawet jeśli pojawi się ktoś z opozycji, kto ma szansę, zostaje zamknięty w więzieniu. Musimy akceptować sytuację, bo inaczej nie skończymy studiów – dodaje jej koleżanka Vika, studiująca ekonomię. W dniu wyborów, na uniwersytetach wiszą listy wyborcze oraz te z nazwiskami studentów. Jeśli nie zagłosują i nie zostaną odznaczeni, mogą obawiać się o skończenie szkoły.
Bycie absolwentem nie daje jednak wcale pewności zatrudnienia. – Ludzie z wyższym wykształceniem nie mogą znaleźć pracy. Jeśli już się uda znaleźć etat w zawodzie, zwykle nie jest to dobrze płatne. Przeważnie lepiej płatna jest fizyczna robota. Porównywalne stawki mają np. nauczyciele i zwykli kierowcy – żali się Alla, mama Kirilla, która z wykształcenia jest inżynierem.
– Ludzie myślą, że w kraju jest coraz lepiej. Tak mówią media i papa Łukaszenko. Żyje się ciężko, ale oni myślą, że tak jest wszędzie. Wiedzą tyle ile pokazuje im telewizja, a ona pokazuje troskliwego opiekuna narodu. Kryzys? Nie ma znaczenia. Jak mówi papa: przychodzi, odchodzi, a Białoruś ostaje – zaznacza Kirill.
Jest niewielu, którzy mają świadomość, że świat wygląda inaczej. Marzą wtedy przeważnie o lepszym życiu za granicą, gdzie mają wpływ na swoje wykształcenie i przyszłość. – Ja i moi rodzice wiemy, że jest dogodniej i próbowaliśmy o siebie zawalczyć uciekając z Białorusi. Niestety musieliśmy tu wrócić i teraz ja nie mogę podjąć dalszej nauki, a rodzice nie mają pracy – mówi Kirill – Nie wiem co będzie. Tutaj nic się nie zmieni, bo Łukaszenkę chroni Kreml. Tu nie ma życia. Nienawidzę Białorusi! – dodaje.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi.”
Albert Einstein
Kultura i rozrywka
Sport
Nasze sprawy
Styl życia
Religia
Tam warto być
Informator
Ogłoszenia
Redakcja
Kontakt
Reklama
Polityka prywatności
RSS