Kibice pierwszoligowej Stali Stalowa Wola z zażenowaniem patrzą na obecną sytuację organizacyjno-sportową jedynego przedstawiciela Podkarpacia na zapleczu ekstraklasy. Tak trudnej sytuacji w klubie nie było od wielu lat - dług sięga już miliona zł., a strategicznego sponsora jak nie było, tak nie ma.
NIE ILOŚĆ A JAKOŚĆ
Karuzela transferowa na piłkarskim rynku kręci się coraz szybciej. Niestety kadra zielono-czarnych jest coraz węższa. W skutek „czystek" byłego już dyrektora sportowego Dariusza Schlage zespół opuścili: Krawiec, Wietecha, Łagiewka, Stachowiak, Stręciwilk, Myszka i Olszewski.
Kibiców „Stalówki" bardziej jednak boli pozbycie się wyróżniających się w rundzie jesiennej Piszczka (bramkostrzelnego obrońcy) i dobrze wyszkolonego technicznie zawodnika ofensywnych formacji - Mihałewskyjego. W ich miejsce do Stalowej Woli zawitali gracze młodzi i mało znani: Łytwyniuk (Hetman Zamość), Łętocha (Kolejarz Stróże) i Zarzycki (bramkarz z GKS Jastrzębie).
Nie trzeba być matematykiem, by zauważyć, że kadra pierwszoligowca mocno się skurczyła, a to zapewne nie ułatwi walki o utrzymanie. Jedynym piłkarzem, który może jeszcze wzmocnić szeregi Stali jest dobrze znany miejscowym kibicom - Kamil Gęśla. Sprawy kontraktu są już dopięte na ostatni guzik, a podpisy pod umową mają być złożone w najbliższym czasie. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że trener Białek wykrzesze ile się da z dostępnych piłkarzy, by jakimś cudem uratować dla Stalowej Woli „zaplecze" Ekstraklasy.