autor: Marta Pawłowska / 07.11.2009
a |a |a

Ratownik o górskiej akcji: wstrząsnął mną widok zwłok trzech dziewczynek

Ośmiu nowych ratowników składa w sobotę przyrzeczenie na ręce naczelnika Grupy Bieszczadzkiej GOPR, zobowiązując się słowem honoru do dożywotniego ratowania ludzkiego życia w niezwykłych, ale i bardzo groźnych Bieszczadach. O tym jak wygląda praca ratownika i jak można nim zostać, a także o kłopotach finansowych, najtrudniejszych momentach i wstrząsających akcjach, opowiada w rozmowie z TR24, Grzegorz Chudzik, naczelnik Bieszczadzkiej Grupy GOPR.

Grzegorz Chudzik. W galerii foto prezentujemy zdjęcia z akcji GOPR. Grzegorz Chudzik. W galerii foto prezentujemy zdjęcia z akcji GOPR.
fot. archiwum Grupy Bieszczadzkiej GOPR

dodatkowe zdjęciaZobacz więcej zdjęć w galerii! +

TR24: Dlaczego został Pan ratownikiem?

Grzegorz Chudzik: Jeszcze przed rozpoczęciem studiów, w latach 70. ubiegłego stulecia, związałem się ze Studencką Bazą Noclegową im. Żubra Pulpita w Ustrzykach Górnych. Poznałem i widziałem starszych kolegów z Grupy Bieszczadzkiej GOPR w działaniu. Imponowało mi ich poświęcenie, umiejętności i szacunek, którym się cieszą. Poza tym chciałem się na stałe związać z Bieszczadami. Ratownictwo do dziś daje mi szansę obcowania z tą niesamowitą przyrodą. Wówczas to nie był jeden impuls, ale co najmniej trzy: znaleźć się w tym w środowisku, być w tych górach i nieść pomoc ludziom.

TR24: To ile lat już niesie Pan pomoc w tych górach?

Grzegorz Chudzik: W GOPR jestem 31 lat, a pełnoprawnym ratownikiem od 1980 roku.

TR24: Imponujący staż. Ciężko jest się dostać do tego prestiżowego grona?

Grzegorz Chudzik: Droga nie jest prosta. Kandydaci przechodzą tzw. egzamin wstępny. Organizujemy go przeważnie na początku stycznia, w schronisku na Połoninie Wetlińskiej. Kandydaci sprawdzani są ze znajomości terenu i topografii Beskidu oraz Bieszczad. Następnie jest test umiejętności narciarskich i na koniec ogólny test sprawności fizycznej.

TR24: Dużo osób odpada?

Grzegorz Chudzik: Niewiele. Wszyscy wiedzą co ich czeka i są przygotowani. Poza tym jeśli na którymś elemencie im nie pójdzie, mają szansę go poprawić. Kolejny etap to okres kandydacki. Kandydaci składają papiery do GOPR-u i muszą znaleźć dwóch ratowników wprowadzających ich do organizacji, coś w rodzaju „Chrzestnych”.

TR24: Po co potrzebni są ci „Chrzestni”?

Grzegorz Chudzik: Kandydaci proszą ich o wsparcie i nadzór nad postępami w czasie pełnienia obowiązków służby górskiej w okresie kandydackim. Ten okres składa się z kursu ratownictwa I stopnia, w zakresie podstawowej wiedzy teoretycznej i praktycznej ratownictwa górskiego, szkolenia śmigłowcowego oraz z kursu kwalifikowanej pomocy przedmedycznej w Centrum Szkoleń Medycznych GOPR w Zieleńcu. To w trakcie okresu kandydackiego, trwającego od 2 do 5 lat, jest największy odsiew. Odpada jakaś 1/3 kandydatów. Zgodnie ze Statutem, organizacji trzeba poświęcić ok. jednego miesiąca w roku. Ten czas przeznaczony jest na szkolenia i dyżury. Dla niektórych, przy obowiązkach zawodowych i rodzinnych, jest to nie do przeskoczenia.

TR24: Czy jest akcja, która zapadła Panu najbardziej w pamięć?

Grzegorz Chudzik: Z ostatnich lat najbardziej wstrząsającą była akcja transportu zwłok trzech dziewczynek czeczeńskich, które wraz z matką próbowały przekroczyć granicę w rejonie Kańczowej. To było traumatyczne przeżycie dla wszystkich. Byli z nami młodzi ratownicy i kandydaci, bo jak dostaliśmy wezwanie z prośbą o pomoc od Straży Granicznej, nie wiedzieliśmy do końca, jaki będzie charakter akcji. Widok martwych dzieci dotyka człowieka w sposób szczególny. Takie obrazy ma się do końca życia. Idąc na akcję, idziemy uratować człowieka. Nie ma innej filozofii. Czasem jednak dzieje się inaczej i nie zdążamy...

TR24: A Pan kiedyś nie zdążył?

Grzegorz Chudzik: Mam taką jedną akcję z połowy lat 80. Ruszyliśmy ratować studenta, który miał wypadek na stokach Szerokiego Wierchu. Wtedy nie było telefonów komórkowych, dlatego informacja dotarła na dyżurkę dopiero wraz z turystami, którzy zeszli z gór. To było już o te kilka godzin za późno. Jak dotarliśmy na miejsce, chłopak już nie żył. To był szok. Umarł z wyziębienia, a była połowa sierpnia. Nagle załamała się pogoda, spadł grad. Ten student był nieprzygotowany na takie warunki, a my nie mieliśmy szansy go uratować.

TR24: Mówi Pan, że niektóre akcje wywołują traumatyczne przeżycia. W trakcie rekrutacji ratowników zwraca się uwagę na cechy osobowości?

Grzegorz Chudzik: Prowadzimy rozmowy, wspomagamy się ankietą, ale moim zdaniem ona się nie do końca sprawdza. Człowiek tak naprawdę nie jest w stanie przewidzieć swoich reakcji w sytuacjach ekstremalnych. Ratownik na pewno powinien być wrażliwy, czujny i przewidujący. Potrzebna jest też fantazja i improwizacja, bo nie wszystkie sytuacje są standardowe. Zawsze trzeba widzieć dobro drugiego człowieka i mieć szacunek do gór. Nigdy nie wolno ich lekceważyć.

TR24: Czy był Pan kiedyś w sytuacji, kiedy musiał wybierać między sowim życiem, a życiem ratowanej osoby?

Grzegorz Chudzik: Szczęśliwie w ciągu 48 lat funkcjonowania Grupy Bieszczadzkiej żaden ratownik nie stracił życia na służbie. Oczywiście często zdarzają się sytuacje, kiedy ratownik ryzykuje życie. Szczególnie w zimie. Były akcje, kiedy ratowaliśmy własnych ludzi, którzy ruszyli ratować turystów. W ekstremalnych warunkach nawet organizmy ratowników nie dają rady. Bieszczady zimą są bardzo groźne.

TR24: W sobotę obchodzicie swoje święto i do Grupy Bieszczadzkiej GOPR zostaną przyjęci kolejni ratownicy.

Grzegorz Chudzik: Tak, to już nasz 48. Bieszczadzki Dzień Ratownika. Ośmiu kandydatów zobowiąże się do wypełniania obowiązków statutowych i złoży na ręce naczelnika Przyrzeczenie pod słowem honoru. Wśród nich jest jedna kandydatka-kobieta.

TR24: W jakim są wieku?

Grzegorz Chudzik: Wszyscy są poniżej 35 roku życia. Ratownikiem GOPR może zostać osoba, która skończyła 18 lat, a nie przekroczyła 35 lat.

TR24: Ilu ratowników w tej chwili liczy Grupa Bieszczadzka GOPR?

Grzegorz Chudzik: W tej chwili mamy 202 ratowników, w tym 16 zawodowych i 30 kandydatów. Pełnimy całodobowe i całoroczne dyżury w pięciu stacjach ratunkowych.

TR24: Kto może zostać ratownikiem zawodowym?

Grzegorz Chudzik: Na zawodowych wybiera się najlepszych, najbardziej dyspozycyjnych i doświadczonych. Pracują na etacie, wykonując zawód ratownika najlepiej jak potrafią, przekazując wiedzę młodszym oraz kierując akcjami.

TR24: Czy za ratownicze pensje da się przeżyć?

Grzegorz Chudzik: Jest bardzo ciężko. Środki na utrzymanie pochodzą z MSWiA, bo to ten resort jest odpowiedzialny za funkcjonowanie całego GOPR. Pieniądze są niewspółmierne do wysiłku, jaki wkładają w pracę ratownicy. Najwyższy stopniem ratownik, a więc starszy instruktor ratownictwa górskiego otrzymuje 2.000 zł brutto. Nie trzeba dodawać, że to skandalicznie niskie wynagrodzenie. Sytuacja finansowa jest naprawdę niewesoła. Ciągle walczymy o przetrwanie.

TR24: Obecne warunki sprzętowe chyba jednak ułatwiają Wam pracę.

Grzegorz Chudzik: Rewolucja sprzętowa nastąpiła z pojawieniem się telefonii komórkowej. Telefonia Plus wprowadziła numer alarmowy 601 100 300, dzięki któremu od razu dostajemy informację o wypadku. Kiedyś jak ktoś złamał nogę np. między Tarnicą a Haliczem akcja trwała około dziewięciu godzin, tylko z powodu braku możliwości kontaktu telefonicznego i szybkiego dotarcia na miejsce wypadku. W tej chwili taka sama akcja absorbuje znacznie mniej czasu. Dostajemy telefon, wsiadamy do samochodu terenowego, dalej dojeżdżamy quadem. Jeśli warunki atmosferyczne pozwalają, korzystamy z pomocy Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W ratownictwie medycznym funkcjonuje pojecie tzw. złotej godziny. W sytuacji zagrożenia życia ofiara powinna dotrzeć na oddział ratunkowy w ciągu godziny. Wyzwaniem jest zbliżyć się do tych standardów, choć w górach jest to trudne i nie zawsze możliwe.

TR24: To jak ocenia Pan sprzęt, którym w tej chwili dysponujecie?

Grzegorz Chudzik: Jest optymalny. Zakupiliśmy go dzięki środkom ze sprzedaży biletów wstępu do Parku Narodowego i sponsorom. Standardowe wyposażenie stacji ratunkowej stanowią: samochód terenowy, quad i skuter śnieżny oraz sprzęt medyczny: defibratory AED, zestawy tlenowe, deski ortopedyczne, specjalistyczny sprzęt transportu górskiego przyczepki lub pulki i wózki alpejskie, wyposażenie ratownictwa technicznego. Sprzęt jest optymalny, ale jest wykorzystywany w warunkach ekstremalnych, dlatego problem stanowi jego odnawialność.

TR24: Skąd pochodzą środki na utrzymanie tego wszystkiego?

Grzegorz Chudzik: Nie pobieramy opłat za akcje ratownicze, ale musimy utrzymywać permanentny stan gotowości. Sprzęt, pojazdy muszą być w stanie idealnym. Poza tym ratownicy muszą mieć zapewnione warunki socjalne na dyżurkach. Wyposażenie ratowników, paliwo, ubezpieczenie, ogrzewanie itd. kosztuje potworne pieniądze. Środki, przeznaczone przez MSWiA, na działalność GOPR pokrywają potrzeby w niecałych 50 proc. Resztę pieniędzy musimy zorganizować we własnym zakresie. Pochodzą od sponsorów, darczyńców i są to środki własne z zabezpieczania stoków, imprez i usług noclegowych. Drugi rok znacząco wspiera nas też Urząd Marszałkowski

TR24: O jakich kwotach mówimy?

Grzegorz Chudzik: O kwotach, które zdecydowanie zaczynają przekraczać nasze możliwości. Roczne utrzymanie Grupy to 1 mln 600 tys. zł., subwencja MSWiA to ok. 700 tys. zł. Pozostałe 900 tys. zł musimy sami zabezpieczyć. To ogromny problem, bo przecież mówimy o ratowaniu życia. Jeśli ktoś zadzwoni, mówiąc że miał miejsce wypadek, to nie mogę odmówić wyjechania na akcję, bo np. nie ma pieniędzy na paliwo.

TR24: Takie argumenty nie trafią do władz?

Grzegorz Chudzik: Rozmowy są bardzo trudne. W świecie wielkiej polityki nie zwraca się uwagi na to, co pozornie mało widoczne. Mimo, że dotyczy ratowania ludzkiego życia. Nie znajdujemy zrozumienia nawet w administracji Bieszczadzkiego Parku Narodowego, która w ramach ustawowego obowiązku przekazuje 15 proc. wpływów ze sprzedaży biletów do Parku. Dyrekcja Parku wprowadziła od 2008 r. bilety na ścieżki turystyczne, konkurencyjne cenowo do biletów wstępu na szlak. Dzięki temu nie muszą odprowadzać nam tych pieniędzy. A to za nie kupowaliśmy m. in. Sprzęt. Teraz zamiast 100 tys. rocznie mamy jedynie 10 tys. I co możemy zrobić? Postulować i ciułać, żeby jakoś przeżyć. Dlatego wszystkim, którzy nam pomagają - po prostu - dziękuję.


autor: Marta Pawłowska / 07.11.2009
 

Ta wiadomość nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz