a
a
Jak mówi dyrektor pogotowia Zbigniew Bober, zwykle na pisma, w których organizatorzy tak dużych przedsięwzięć proszą o pomoc, odpowiada pozytywnie. – Każde takie doświadczenie to lekcja dla ratowników, którzy w nowych dla siebie, trudnych warunkach muszą pracować sprawnie i bez zarzutu. To swego rodzaju „zaprawa”, która pozwala się rozwijać, ale przy okazji sprawdzić – nie kryje. – Oczywiście wiem od samych pracowników, że czekają na takie wyzwania, bo jako ludzie młodzi i ambitni, chcą ciągle się uczyć, stąd i moje, i ich przychylne spojrzenie na takie inicjatywy.
A wyzwanie było rzeczywiście niemałe. – Co ciekawe, stykaliśmy się zwykle z dziećmi i ludźmi młodymi, którzy kompletnie nie dbali o siebie. Osoby starsze miały nakrycia głowy, starały się chłodzić wodą, dużo piły, unikały żywności, która nie budziła ich zaufania, dokładnie odwrotnie niż osoby młode. One zajęte zabawą przegrzewały się, odwadniały, mdlały, jadły nieświeżą żywność, więc pracy był ogrom – mówią członkowie zespołu z Mielca. Pracowała ona od 8.00 do 20.00, ale zanim jeszcze ambulans rozpoczął dyżur ludzie już biegli po pomoc do karetki.
– Takie sytuacje uczą opanowania w trudnych warunkach. Wiadomo, że gdy dziecko czy młody człowiek traci świadomość, nie ma z nim kontaktu, jego otoczenie wpada w panikę, nierzadko krzyczy, denerwuje się. Musimy sobie radzić z tymi wybuchami emocji, a przy tym sprawnie pracować – zaznaczają medycy.
Krystyna Polak, koordynator medyczny pogotowia, bardzo chwali swoich pracowników. – To bardzo zdolni ratownicy, nie tracą głowy, potrafią rozmawiać z ludźmi, co też jest ważne. Spisali się świetnie – chwali.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi.”
Albert Einstein
Kultura i rozrywka
Sport
Nasze sprawy
Styl życia
Religia
Tam warto być
Informator
Ogłoszenia
Redakcja
Kontakt
Reklama
Polityka prywatności
RSS