autor: Aneta Dyka-Urbańska / 08.09.2010
a |a |a

Mieleccy ratownicy startowali w mistrzostwach Europy

Zespół z mieleckiego pogotowia zmierzył się z prawie 40 najlepszymi drużynami z Europy. W olsztyńskich zawodach wystartowała ekipa w składzie: pielęgniarka ratunkowa Joanna Marczewska oraz ratownicy medyczni Jarosław Marczewski i Tadeusz Gul.

zdjecia/2010/09/08/zawody.jpg
fot. Aneta Dyka-Urbańska +

– Oczywiście miejsce zawsze mogłoby być wyższe, ale nie narzekamy, bo to nasz debiut na imprezie, która nas od razu zaskoczyła pewnym przepisem. Mimo wszystko od strony medycznej wypadliśmy bardzo dobrze – podsumowuje drużyna mieleckiego pogotowia ratunkowego.
 
Tym razem mielczanie stanęli w szranki z reprezentantami krajów Europy i, gościnnie, spoza tego kontynentu. – Oczywiście jadąc pierwszy raz na imprezę, której się zupełnie nie zna, nie robi się założeń co do miejsca, które chce się wywalczyć. Z doświadczenia wiemy, że w takiej sytuacji zawsze coś zaskakuje,  czegoś nie udaje się przewidzieć i zazwyczaj są to kwestie organizacyjne, czy techniczne. Wiadomo jednak, że traktujemy to jako wyzwanie, ważną lekcję, uzyskujemy cenne wskazówki, które pozwalają nam się rozwinąć. Pod względem ratowniczym ekipa spisała się doskonale, zadania były dla niej dość łatwe, niektóre wykonała jako jedna z najlepszych – mówi Zbigniew Bober, dyrektor pogotowia.

Niemniej jednak kompletnym zaskoczeniem była zmiana regulaminu wprowadzona tuż przed zawodami i ogłoszona jedynie na stronie internetowej. – Okazało się, że językiem obowiązującym na zawodach był angielski, a wiadomo, że nie mówimy o tym ogólnym, lecz bardzo specjalistycznym, medycznym. Prześledziliśmy oczywiście regulamin, ale odpowiednio wcześniej, aby się przygotować jak najlepiej. Nie przypuszczaliśmy, że nowe zasady pojawią się dosłownie kilka dni przed startem. Wskutek tego w pierwszym zadaniu używaliśmy języka polskiego i zostaliśmy zdyskwalifikowani. To przekreśliło nasze szanse na dobre miejsce (musieliśmy się więc zadowolić 34.), ale  przecież nie na dobry start – mówi Jarosław Marczewski. 

Podkreśla, że w zadaniu, które polegało na prowadzeniu jednocześnie dwóch akcji reanimacyjnych ekipa otrzymała aż 440 punktów na 500 możliwych. – Widzieliśmy, że wiele ekip miało z tym duży problem, natomiast my usłyszeliśmy wiele pozytywnych słów od sędziów. Niestety brakujące punkty to skutek tego, że nie wystarczało nam angielskiego słownictwa – nie kryje ratownik.

Co to oznacza? – Musimy po prostu postawić na naukę specjalistycznego języka angielskiego, bo już wiemy, że bez niego  rywalizacja na tak znaczących zawodach nie będzie się kończyła wysokim miejscem. Trzeba też już zacząć myśleć o szkoleniu dyspozytorów, którzy zapewne coraz częściej będą odbierać telefony od osób obcojęzycznych. Nasz kraj się zmienia, musimy więc zmienić się i my, a te zawody to wskazówka, w jakim kierunku warto iść – mówi Zbigniew Bober. 

 


autor: Aneta Dyka-Urbańska / 08.09.2010
 

Ta wiadomość nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz