Zabawa, odrabianie lekcji, spacer – każdy rodzaj pomocy jest potrzebny. Podopieczni „Ochronki” potrzebują podwójnego wsparcia dorosłych. Trafiają do niej najczęściej z powodu nieodpowiedzialności czy nieporadności swoich rodziców. Ich życiowa droga już na początku pełna jest zakrętów i wybojów.
Dyrektor podkreśliła, że dzieci potrafią wyczuć prawdziwą intencję wolontariusza. Jak powiedział ksiądz Jerzy Dąbek, który współpracuje z "Ochronką" od miesiąca, najważniejsza w tej pracy jest systematyka. - Wolontariusz musi brać odpowiedzialność za kontakt z dzieciakami, które bardzo szybko się przywiązują – podkreślił. Zapewnił, że młodzi ludzie są chętni do pomocy. Ksiądz „zbiera” takie osoby z Sandomierza oraz okolic i przywozi do domów dziecka. - Zdarza się czasem, że coś „nie iskrzy” między wolontariuszami a podopiecznymi. Zazwyczaj współpraca jednak układa się dobrze. Gdy wracają są tacy zmęczeni, że w busie panuje cisza – dodał.
Emerytowane nauczycielki, studenci, uczniowie – tu nie liczy się wiek. Według przepisów powinny być to osoby pełnoletnie i niekarane. Zanim jednak zacznie się pracę, należy przejść przez rozmowę kwalifikacyjną z dyrektorką placówki. Później wyznaczane są zasady poruszania się po budynku i rodzaj pomocy. Wolontariusza obowiązuje dochowanie tajemnicy. Nie wolno mu rozpowszechniać informacji dotyczących dzieci. Podpisuje nawet zobowiązujący go do tego dokument.
Pewnego rodzaju wolontariuszami są również firmy. Zazwyczaj ofiarują pomoc materialną. Miller podkreśliła, że są również tacy sponsorzy, którzy wspierają "Ochronkę" od wielu lat. Zdaniem księdza Dąbka, chętniej współpracują mniej bogate przedsiębiorstwa. Dodał, że w Sandomierzu zdarzało się, że te zasobniejsze nie chciały nawet przyjąć kartki informującej o wsparciu.