a
a
- Wspomnienia Stalowej Woli, w której się urodziłem są dla mnie półsnem, czarno - białymi slajdami z tamtej epoki - powiedział w rozmowie z TR24 Grzegorz Rosiński.
Anna Tomczyk: Jak podoba się Panu Stalowa Wola po powrocie?
Grzegorz Rosiński: Trudno powiedzieć. Miałem okazję oglądać miasto z balonu. Była mgła, ale było pięknie. Ta mgła powodowała, że mogłem sobie coś wyobrazić, a ja całe życie sobie coś wyobrażam, a potem to realizuję.
A jak zapamiętał ją Pan z tych pięciu lat dzieciństwa, które tu Pan spędził?
Wspomnienia Stalowej Woli, w której się urodziłem są dla mnie półsnem, czarno - białymi slajdami z tamtej epoki. Bo cóż ja z żabiej perspektywy mogę pamiętać? Trudne jest też porównanie, bo musiałbym mieć co porównywać, a moje wspomnienia są bardzo ubogie i nie mogę ich odnieść do rzeczywistości. Kiedy ja tu mieszkałem to były piaski, sosny i kilka bloków dla robotników, a teraz jest piękne miasto. Jak chcieliśmy coś kupić to trzeba było jechać furmanką do Rozwadowa.
A jak wspomina Pan swoje dzieciństwo spędzone tutaj?
To była wojna. Dzieciaki były wtedy raczej trzymane w domu żeby się nie włuczyły po ulicach. Jak jest człowiek małym dzieckiem to nie decyduje sam o sobie tylko siedzi w kieszeni u tatusia lub mamusi. Ja też. Pamiętam trawę, piasek, sosny i domy. Pamiętam też jak budowałem sobie jakieś pałace z potłuczonych szyb.
Takie "szklane domy"?
Tak, dokładnie. Raz wlazłem na taką szybę, z której budowałem coś i skaleczyłem sobie nogę tak, że cała Stalowa Wola była w mojej krwi. To takie przerażające wspomnienie.
Skąd Pana rodzice przyjechali do Stalowej Woli?
Mój ojciec pracował tu jako technik - mechanik w narzędziowni. W 1938 roku przyjechał do Stalowej Woli z Warszawy. Dzięki temu się urodziłem. Moja rodzina była bardzo przetrzebiona podczas Powstania Warszawskiego, spalono nasz dom. Gdyby moi rodzice tu nie przyjechali to mogłoby mnie dziś nie być. Tutaj udało nam się jakoś przetrwać ten czas.
A dlaczego zdecydowali się wyjechać stąd?
Opuściliśmy Stalową Wolę, by wyjechać do Wrocławia, gdzie powstały w tamtym czasie zakłady metalurgiczne i tam mój ojciec był bardziej potrzebny. Jednak mój ojciec, warszawiak, nie mógł żyć bez Warszawy, więc w 1952 wróciliśmy do stolicy. Można powiedzieć, że jestem takim wiecznym tułaczem. Pięć lat mieszkałem w Stalowej Woli, pięć we Wrocławiu, 30 lat w Warszawie, osiem w Brukseli i teraz od 20 lat w Szwajcarii.
Myślał Pan o tym, żeby wrócić do Stalowej Woli?
Nie, absolutnie. Jest to niemożliwe. Ja nawet do Polski nie mogę wrócić. Ja mam swoją pracownię i miejsce optymalne w Szwajcarii, gdzie mogę się nie denerwować, nie mieć stresów. Tam jest życie bardzo poukładane. Każdy zna swoje miejsce, wie co robi, po co żyje i nie zadaje sobie niepotrzebnych pytań.
Czyli znalazł Pan swoje miejsce na ziemi?
Zawsze szukałem takiego azylu. Pod tym względem się nie zmieniłem. Jak byłem mały zamykałem się u siebie w szafie, później chowałem się pod stołem, a jak byłem starszy w swoim pokoiku. Teraz mam pracownię, w której zapuściłem korzenie. Przyjeżdżając tu, do Polski przez trzy dni przeżywałem ogromny stres związany z pakowaniem. Po raz pierwszy musiałem zrobić to sam. Zwykle robiła to za mnie moja żona, a teraz jej nie ma.
Z pewnością dużo Pan podróżuje. Lubi Pan podróże?
Przy okazji różnych festiwali zwiedziłem właściwie cały świat, ale nie lubię podróżować. Mam jakąś traumę przed opuszczaniem swojego miejsca. Ktoś powiedział, że wyjechać to umrzeć w połowie.
Czy Stalowa Wola może inspirować twórców komiksu?
Trudno mi powiedzieć. Dla mnie sam lot balonem nad miastem był ogromnym przeżyciem. Robiłem to pierwszy raz. Będąc na górze szukałem pewnych miejsc. Pytałem, gdzie jest mój dom, jak dojść do Sanu. Była mgła, ale to było urocze. Stalowa Wola się zmieniła, nawet drzewa są inne niż kiedyś. To jednak nie jest takie ważne. Ja mam duży sentyment do Stalowej Woli. Przykładowo jak słucham radia to nie zwracam uwagi na to, co kto mówi, ale jak tylko usłyszę nazwę tego miasta to od razu biegnę i słucham co mówią. Jestem wyczulony na ten dźwięk. Wydaje mi się, że to jest ważne, bo cała reszta może być moim wymysłem, konfabulacją. A to jest fakt.
Kiedy rozpoczęła się Pana fascynacja komiksem?
Chyba we Wrocławiu, choć początki były napewno już w Stalowej Woli, ale tutaj jeszcze nie rysowałem, bo nie było na czym. We Wrocławiu natomiast pierwsze komiksy wypalałem soczewką na drewnianym płocie sąsiada. Wszystko zaczęło się od słuchowisk radiowych.
Czyli opowiadania stały się Pana inspiracją?
Tak, bo brakowało mi obrazów i mogłem sobie je wyobrażać, a następnie rysować.
A muzyka?
Ktoś może czuć się zawiedziony, ale muzyka mnie denerwuje czasami. Przeszkadza mi w mojej pracy. Ale jako dziecko grałem na skrzypcach, więc nie jestem tak całkiem obojętny muzycznie. Te skrzypce były przywiezione chyba nawet ze Stalowej Woli. Były malutkie, a za podstawek do nut służył mi kaloryfer, bo byłem taki niski wtedy.
Miał Pan inne zainteresowania jako dziecko?
Z siostrą we Wrocławiu robiliśmy teatrzyki kukiełkowe, na które schodziła się cała dzielnica. Kukiełki były wycinane z "Świerszczyka", pierwszego pisma dla dzieci. Ja sobie wycinałem różne ludziki na patyczkach i robiliśmy teatrzyk. Mieliśmy też własną scenę. Później sam rysowałem postacie. Pisałem też różne opowiadania dziecięce np. o kowboju ubranym zwyczajnie, po kowbojsku.
Kim by Pan był, gdyby nie był Pan rysownikiem?
Kim bym był, gdybym nie był kim jestem? Nigdy nie zadaję sobie takich egzystencjalnych pytań. Kim jestem, dokąd zmierzam, bo ja to doskonale wiem. Ja na wszystko znam odpowiedzi, więc po co mam zadawać pytania? Ja nawet wiem, kto kogo zabił dlatego nie czytam kryminałów. Ja nie jestem rysownikiem komiksów. To jest tworzenie obrazków. Myślę, że gdyby nie to zajęcie miałbym jakąś fabrykę obrazków, jak to nazywa mój syn Piotrek. Nawet kiedyś zrobił mi taką wizytówkę fabryki obrazków. Jak się ma do czegoś predyspozycje to trzeba to wykorzystać. Nie mam talentu do muzyki, więc jej nie robię. Gdybym miał inny talent to pewnie zastanawiałbym się czy w tamtym świecie nie ma mojego miejsca.
Widział Pan prace warsztatowiczów "Miasta Komiksów"?
Właśnie nie, ale to nic, bo ja się na komiksie nie znam, więc nie miałbym tu nic do powiedzenia.
Trudno w to uwierzyć...
Wszyscy są znakomici. Każdy jest inny, każdy rysuje, maluje po swojemu, bo każdy ma swój świat. To co ich łączy to, to, że każdy z nich ma ten swój świat i to jest najważniejsze, bo jak ktoś nie potrafi wykreować własnego świata to nie może być twórcą komiksowym.
A co myśli Pan o pomyśle stworzenia Parku Thorgala w Stalowej Woli?
To nie mój pomysł, ale jest mi bardzo miło. Jest już kilka takich miejsc, a to mi otwiera wiele drzwi. Wszyscy mnie dobrze znają. W Brukseli nie raz jak nie miałem drobnych, a zapomniałem karty to mogłem liczyć na pożyczkę z kasy w księgarni. Nie było z tym problemu, bo mnie znają. I to jest przyjemne. Teraz poznaje mnie Stalowa Wola.
Czy to prawda, że w najbliższym czasie fani Thorgala mogą się spodziewać serii o postaciach pobocznych tego komiksu?
Tak, to jest "Świat Thorgala". Rozwijamy to, ale nie jest łatwo, bo chcemy ściągnąć do tego najlepszych z całej Europy czy Świata rysowników i scenarzystów. Wczoraj miałem maila od jednego znakomitego Francuza, który zgodził się na uczestnictwo w tym projekcie. Mamy też nowego, świetnego scenarzystę, ale szukamy kolejnych. Nie chcemy, aby ktoś na Thorgalu się uczył, stawiał pierwsze kroki i próbował zrobić karierę. Dlatego jesteśmy bardzo ostrożni z moim synem. W tym roku wyjdą dwa Thorgale, a za rok trzy. Wszystkie okładki będą mojego autorstwa.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi.”
Albert Einstein
Kultura i rozrywka
Sport
Nasze sprawy
Styl życia
Religia
Tam warto być
Informator
Ogłoszenia
Redakcja
Kontakt
Reklama
Polityka prywatności
RSS