autor: Anna Tomczyk / 02.09.2010
a |a |a

Pięć dni bronili Stalowej Woli

Pierwszy alarm lotniczy w Stalowej Woli rozległ się pierwszego września o godzinie dziewiątej rano. Pracownicy Zakładów Południowych słysząc przejmujący sygnał fabrycznej syreny z niedowierzaniem szli do przygotowywanych od miesiąca rowów przeciwlotniczych. Dopiero następnego dnia, kiedy rozpoczął się ostrzał artylerii zrozumieli, że wojna z Niemcami stała się faktem. W ciągu kilku dni ówczesne osiedle przyfabryczne opustoszało.

Obrona przeciwlotnicza Zakładów Południowych Obrona przeciwlotnicza Zakładów Południowych
fot. D. Garbacz, "Narodziny", s. 121

dodatkowe zdjęciaZobacz więcej zdjęć w galerii! +

Każdy kolejny dzień września przynosił coraz częstsze alarmy. W pierwszym tygodniu ostrzeliwany był głównie Rozwadów. Celem był przede wszystkim dworzec kolejowy i jego okolice. Przerażeni rozwadowianie próbowali chronić swoje rodziny i dobytek w klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów.

Według relacji ówczesnego klasztornego kronikarza, 7 września 1939 roku nad Rozwadowem przeleciało 19 niemieckich samolotów, atakując dworzec. W wyniku bombardowania zginęły wtedy cztery osoby, a następnego dnia aż 17. W nocy z 14 na 15 września w Rozwadowie pojawiły się pierwsze patrole niemieckie, które rozbrajały polskich żołnierzy, zabierając lub łamiąc ich karabiny.

NA ŁASCE RZESZY

Przygotowywana na wypadek wojny od dwóch miesięcy Stalowa Wola poniosła znacznie mniejsze straty materialne, ponieważ Niemcom zależało na nowych i nowoczesnych zakładach, produkujących m.in. sprzęt wojskowy oraz ich zapleczu, jakim było przyfabryczne osiedle. Mimo to za każdym razem, kiedy zbliżały się niemieckie samoloty ogłaszano alarm. Podczas jednej zmiany było ich nawet osiem. Pracownicy po usłyszeniu syreny zobowiązani byli do wyłączenia maszyn, zgaszenia wszystkich świateł i wyjścia do rowów.

8 września na Stalową Wolę spadły pierwsze bomby. W wyniku bombardowania uszkodzony został jedynie narożnik hali walcowni blachy. Zginęło również pięć osób, w tym trzech pracowników zakładów. Po tym wydarzeniu dyrekcja ZP zarządziła ewakuację na Wołyń. Jeszcze tego samego dnia wieczorem mieszkańcy osiedla całymi rodzinami wyruszyli na wschód, zostawiając w domach dorobek swojego życia.

W swoich mieszkaniach pozostali jedynie nieliczni pracownicy i dyrekcja elektrowni, która dzień później wyłączyła turbiny i ogłosiła ewakuację. Dokumentację i cenne urządzenia ukryto w Biłgoraju. Uciekający stalowowolanie spędzili tydzień za Sanem, w pobliskiej Pysznicy skąd kierowano ruchem. Wojsko wysyłano w stronę Leżajska, a ludność cywilną na Janów Lubelski.

GRUPA „STALOWA WOLA"

Obroną osiedla i zakładów zajął się ppłk w stanie spoczynku Stanisław Trzebunia, który od 1937 roku był szefem bezpieczeństwa ZP. Do jego dyspozycji był oddział wartowniczy z trzema kompaniami przeciwlotniczych karabinów maszynowych i dwoma plutonami artylerii przeciwlotniczej. Stanowiska ulokowane były na terenie zakładów i budynku naczelnej dyrekcji. Jeszcze 8 września po uzyskaniu informacji o przedarciu się niemieckich czołgów pod Kolbuszową, Trzebunia zorganizował blokadę leśnych dróg pod Przyszowem i Niskiem, aby uniemożliwić Niemcom wjazd do Stalowej Woli od południa. Dzień później wysłał żołnierzy w okolice Sanu, aby bronili dostępu do osiedla w pasie od Brandwicy do Ulanowa oraz mostu pod Rozwadowem.

W ciągu trzech dni wojsko podpułkownika rozrosło się do trzech batalionów utworzonych z przybywających na teren osiedla żołnierzy z rozbitych pododdziałów piechoty. W sumie miał blisko dwa tysiące żołnierzy i 54 oficerów. Grupa „Stalowa Wola" była wyposażona w trzy czołgi „Vickers", działa przeciwpancerne i kompanię ckm przeciwlotniczych. Pod dowództwem Trzebuni była także kompania 100 policjantów.

11 września Dzięki karabinom maszynowym udało się obronić osiedle przed kolejnym bombardowaniem przez samoloty Luftwaffe. Żołnierze drugiego batalionu 12 pułku piechoty zestrzelili trzy maszyny. Mimo to Niemcy wypełniali swoją misję przenosząc się na wschód i strzelając z powietrza do uciekających tłumów.

„JAGMIN" GENERAŁA SADOWSKIEGO

Dzień później pod Niskiem i Ulanowem pojawiły się pierwsze zmotoryzowane patrole niemieckie. Stalowowolskie dowództwo zdecydowało się na wysadzenie mostów na Tanwi i Sanie, aby w ten sposób zatrzymać nieprzyjaciela.

W nocy z 12 na 13 września do Stalowej Woli dotarł gen. Jan Sadowski z częścią swojej Grupy Operacyjnej „Jagmin". Reszta dotarła na prawy brzeg Sanu dopiero kolejnej nocy. Wsparciem dla oddziałów Sadowskiego był 11 pułk piechoty, który dotarł na miejsce 14 września o godzinie 16.00. Tego samego dnia w Ulanowie doszło do potyczki z Niemcami, którzy próbowali się przedostać przez Tanew, aby ruszyć na Stalową Wolę. Żołnierze Trzebuni powstrzymali ich niszcząc przy okazji dwa niemieckie samochody pancerne.

15 września mimo usilnych starań piechoty, GO „Jagmin" i Grupy „Stalowa Wola" na teren osiedla wkroczyli niemieccy żołnierze z VII Korpusu Armijnego, 27 brygady piechoty. Tego samego dnia zakończyła się obrona linii Sanu. Żołnierze broniący do tej pory Stalowej Woli przenieśli się na północ, w stronę Lublina.

Opracowano na podstawie: D. Garbacz, "Brunatne Lata. Stalowa Wola okres wojny i okupacji", 2009


autor: Anna Tomczyk / 02.09.2010
 

Ta wiadomość nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz