autor: Grzegorz Boroń / 04.12.2009
a |a |a

Nagroda Nobla, skandal i dżinsy z futrem: spotkanie z Jerzym Illgiem w MBP

- Tę książkę pisało mi się różnie - mówił Jerzy Illg o "Moim Znaku". Przy okazji promocji tej najnowszej pozycji własnego autorstwa opowiadał o przyjaciołach, hippisach, kulisach wydawnictwa i słynnej "kanapie noblistów". W środę wieczorem w Miejskiej Bibliotece Publicznej zakończyło się spotkanie z redaktorem naczelnym Znaku.

Jerzy Illg od 1992 roku jest redaktorem naczelnym wydawnictwa Znak. Jerzy Illg od 1992 roku jest redaktorem naczelnym wydawnictwa Znak.
fot. mbp tarnobrzeg +

Na wstępie recenzję książki zatytułowaną: "ZNAKomite opisanie Znak-u" odczytał Grzegorz Kociuba, który prowadził cale spotkanie. - To jedna z lepszych recenzji, jaką ta książka uzyskała - podziękował autor.

- Najwięcej napisałem w Puszczy Noteckiej latem ubiegłego roku, w domku naszych przyjaciół, gdzie byłem całkowicie odcięty od świata. To był warunek: wyszarpnięcie się z tego całego krakowskiego młyna, w którym na co dzień funkcjonuję. Praca wydawcy, to praca wśród ludzi, gdzie bez przerwy ktoś czegoś chce, gdzie odbywają się ważne zebrania. Jest się tak tym wszystkim zaprzątniętym, że nie ma szans na usłyszenie własnych myśli, koncentrację i skupienie. Wypracowałem sobie taki rodzaj psychozy, że aby móc cokolwiek napisać, trzeba uciec z Krakowa - opowiadał dalej o trudnościach związanych z pisaniem.

"TA KSIĄŻKA POWSTAŁA Z OPOWIEŚCI"

Czym właściwie jest "Mój Znak"? Autobiografią Jerzego Illga, historią wydawnictwa, czy też może zbiorem portretów autorów i noblistów? - Kiedy mówiłem Wiesławowi Myśliwskiemu o moich rozterkach - opowiadał wydawca - odrzekł mi: "historię napiszą inni, ty mów od siebie, w pierwszej osobie. I tak będą tacy, co się obrażą, więc niech przynajmniej mają o co". Nie posłuchałem go tutaj, chciałem, by ta książka była napisana jasną kreską, by była pełna dobrych uczuć, wdzięczności wobec losu i tych wszystkich ludzi, którym tyle zawdzięczam. Nie ma tu żadnych porachunków, złośliwości ani operowania plotką, która na pograniczu skandalu mogłaby mi zapewnić lepszą poczytność - dodał.

DEMOLITION MAN

Jerzy Illg każdą opowieść ozdabiał niesamowicie brzmiącymi anegdotami. U tłumnie zebranych w sali odczytowej słuchaczy nie brakowało łez. Tych wywołanych śmiechem. - Pisałem rozdział o Normanie Daviesie w domu moich przyjaciół w Tomaszowicach pod Krakowem. Popsułem tam kilka rzeczy, złamałem im też bujany fotel, po czym napisałem żonie, że nie ośmielę się palić w kominku. Było to pendant do tego, że pisałem o Daviesie, bo jak opowiadał jego przyjaciel, Jacek Fedorowicz, w domach odwiedzanych przez Normana i jego żonę psują się w tajemniczy sposób pralki, ukręcają kurki, łamią różne rzeczy. Właściciele niczego jednak nie naprawiają, tylko z dumą oświadczają: "zobaczcie, tędy przeszli Daviesowie". Stąd może ta moja "czarna seria" - dodał uśmiechając się redaktor.

HIPPIS W ŚWIĄTYNI SZTUKI

Gość proszony był także o opowieść o swojej przygodzie z ruchem hippisowskim. - To był bunt, ruch "dzieci - kwiatów" był przeciągiem, który wywiał mi z głowy rzeczy wciskane przez system socjalistyczny - zwierzał się Illg. Przytoczył przy tym historię o tym, jak wybrał się do teatru. - Tłumaczono nam, że to czcigodny przybytek, do którego należy się odświętnie ubrać. Pożyczyłem więc od dziadka mojego kolegi frak, przepiękną "jaskółę" z aksamitnymi wyłogami, do tego miałem zieloną, flanelową koszulę narciarską w kratę, jedwabną apaszkę mamy w czerwone maki i nowiutkie, białe "pepegi" - opowiadał rozbawiony.

- Moje dżinsy były całkiem przetarte w kroku, więc poprosiłem kolegę o skórzaną łatkę. Miał tylko baranie futerko z długim, białym włosem i radził, bym sobie to ogolił i uzyskał w ten sposób miękką skórkę. Ale jak tu ogolić taki kawał futra? Przyszyłem więc sobie to bez zmian i proszę sobie wyobrazić, jak się prezentowałem i z tyłu, i z przodu - kontynuował opowieść. - Koledzy ustąpili mi od razu miejsca w pierwszym rzędzie, a z balkonu spadła lornetka. Całego zajścia nie omieszkał opisać nasz nauczyciel historii, co miało potem określone konsekwencje. Ludzie buntowali się na różne kolorowe sposoby - podsumował.

WYDAWNICTWA, BRUDNE KSIĄŻKI I NOBLIŚCI

Jak mówił, wydawnictwo unika wydawania tzw. dirty books, czyli książek brudnych, epatujących czytelnika przemocą, złem. - Nigdy nie wydałbym czegoś w stylu "American Psycho" Breta Ellisa, "Les Bienveillantes": Littella. Literacki Nobel dla kogoś takiego, jak Dario Fo, Kenzaburo Oe, czy Elfriede Jelinek, to pomyłka - powiedział Illg. - Wielu uznanych autorów, jak chociażby Astrid Lindgren, Lem, czy Kapuściński, który podniósł reportaż do rangi dzieła literackiego, nie doczekało się tej nagrody - zaznaczył.

Autor "Mojego Znaku" pytany o "kanapę noblistów", którą jedna z fotografii przedstawia z siedzącymi na niej Seamusem Heaneyem, Wisławą Szymborską, Stanisławem Barańczakiem, odpowiadał: - Rzeczywiście istnieje, śpią na nie moje psy: Malina - czarna labradorka i Mrówka - bouvier des flandres. Czasem gości na niej także Gustaw - rudy kocur. One Nobla nie dostaną, chociaż skoro otrzymał go Dario Fo, to kto wie... - podsumował żartobliwie. Spotkanie zakończyło się podziękowaniami i podpisaniem książek autorstwa gościa, które można było kupić przed wejściem na spotkanie.


autor: Grzegorz Boroń / 04.12.2009
 

Ta wiadomość nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz